Muszę przyznać, że pierwszego odcinka nie obejrzałam ani na żywo, ani nawet na dzień po premierze. Z jednej strony wiązało się to z innymi obowiązkami, a z drugiej byłam już trochę zmęczona po dwóch poprzednich sezonach. Trudno powiedzieć, że Orphan Black to serial nieskomplikowany i można go oglądać prasując firanki i gotując obiad. W dodatku drugi sezon był prawdziwą ‘bombą’, jeśli chodzi o mnogość wątków i kolejne człony całej tej plątaniny. Na szczęście twórcy zapewnili nam przypomnienie (nie do końca fortunne, bo chyba każdy pamięta jak Sarah pojawiła się w serialu, dopracować można by było natomiast ww. wątki z drugiego sezonu) przed seansem odcinka.
Przechodząc już do właściwego epizodu, bo trochę zboczyłam z tematu, jestem pozytywnie zaskoczona. Początek był przeuroczy, niemal z innej bajki, po chwili jednak atmosfera została sprawnie przekształcona w klimat serialu. Przerażająca muzyka, zbliżenia na twarz, niepokojące kadry – już zapomniałam jak interesujący może być seans.

Czekałam na obrazy z Donniem i absolutnie się nie zawiodłam. Jego postać lubiłam już od początku, jednak to dopiero w drugim sezonie wskoczył na listę moich ulubionych bohaterów. Po kilku krótkich kwestiach z najnowszego odcinka ma zapewnione bezpieczne miejsce w czołówce.
Sceny z Heleną przedstawiono w tradycyjnym już stylu. Tajemnicze ‘pudełka w pudełkach’ wydają mi się początkiem interesującego wątku, pierwsze – z pozoru (ale czy na pewno?) najbardziej ogarniczające już za nami. Kolejną zagadką jest skorpion, który towarzyszył blondynce. Miejmy nadzieję, że wszystko się wyjaśni w przeciągu kilku epizodów.

Póki co zastanawiam się, ile jeszcze razy dziewczyny będą musiały przebierać się za siebie nawzajem. Każda ‘zmiana ról’ wiąże się z napiętą atmosferą (a jak ktoś ją rozpozna?), ale bywa i zabawna. Sposób, w jaki Sarah chodzi na obcasach nie byłby raczej pochwalony przez J Alexandera.
A abstrahując od akcji odcinka – czy Wam też Ari Millen do złudzenia przypomina Michała Czerneckiego? Kojarzę Michała z familijnym M jak Miłość, gdzie kupował swojej córce konie i przebierał się za Św. Mikołaja. Postać, a raczej postacie Ariego zupełnie odbiegają od tego schematu i sprawiają, że czuję się trochę dziwnie.
Premierę uważam za udaną. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że poziom akcji się utrzyma i dostaniemy trochę odpowiedzi. Mimo wszystko całość prezentowałaby się lepiej, gdyby zakończono kilka już otwartych wątków i nie mnożono kolejnych. Na tę chwilę sytuacja jest skomplikowana i już powoli można zacząć się gubić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz