Wczoraj miała miejsce premiera finału pierwszego sezonu The Last Man on Earth i odebrałam ją dość klasycznie - choć cieszyłam się z tego, że twórcy w jakiś sposób zaskoczyli, trochę smutno mi było, że to już koniec pierwszego sezonu. Tak czy inaczej czeka nas jeszcze przynajmniej jeden kolejny.

Myślę, że pilot był bardzo udany. Na pewno zaskakujący okazał się fakt pojawienia się drugiej postaci już w pierwszym odcinku. Spodziewałabym się tego najwcześniej w drugim, skoro oba zostały wyemitowane razem. Według mnie była to jednak udana decyzja. Motyw z Cast Away, piłki, rozwalanie akwariów czy samochodu było dość przyjemne do oglądania, ale nie dłużej niż dwadzieścia minut. Nie jestem więc w stanie zrozumieć osób, które stwierdziły, że 'pojawienie się kolejnych postaci zepsuło ten serial'. Rozumiem że dla niektórych ich ilość jak na jeden sezon mogła być zbyt duża (ja sama ograniczyłabym ją do max. 5), ale nie widzę sensu istnienia serialu o mężczyźnie, który 'wszystko może' i jeżdżąc po Stanach Zjednoczonych, powoli rozwala świat. To byłoby po prostu nudne.
Pojawienie się prawie każdej nowej postaci ma jakiś powód. Przemyślany lub nie, ale powód zazwyczaj jest.
Carol to paradoksalne wybawienie Phila. Z jednej strony jest w końcu wybłaganą przez niego kobietą, z drugiej jednak - przerysowaną jej wersją. Jej groteskowości nie będę się czepiać z racji, że jest to serial stricte komediowy i ona tu po prostu idealnie tu pasuje. Do jej prowadzenia nie miałabym zastrzeżeń, jeśli miałabym mówić o odcinkach do pojawienia się drugiego Phila. Jej motywacja trochę się zagubiła, ale po końcówce finału chyba całkiem dobrze zrehabilitowała, więc idziemy w dobrym kierunku.
Melissa - bardzo fajnie, że się pojawiła tak nagle i tak niedługo po ślubie Phila i Carol. Nie bardzo rozumiem tę postać ze względu na jej motywację, bo najpierw jęczy żonatemu mężczyźnie jaka jest napalona (nie jestem w stanie znaleźć mniej wulgarnie brzmiącego synonimu), a później dziwi się, że facet tego nie olał. Najpierw dziękuje Toddowi za wyznanie miłości, a potem ma pretensje o zmianę kształtu naleśnika z serca w koło. To zdecydowanie najbardziej irytująca postać.

Bardzo dobrą postacią okazał się Todd. Jest dość dobrze napisany, ma wielopłaszczyznową osobowość. Najpierw poznajemy go jako uroczego grubaska, który wiele w życiu przeżył, lubi Skazanych na Shawshank i oddaje rodzinie narządy wewnętrzne, a potem wychodzi z niego 'ciemna strona', kiedy zaczyna się martwić o swój związek z Mel. Mimo wszystko, jego motywacji w ostatnim odcinku nie jestem w stanie zrozumieć i to właśnie wtedy ta postać straciła ogromny potencjał.
Erica&Gail - czy ktoś zechciałby mi wyjaśnić sens ich istnienia w tym serialu? Zero osobowości, przyjechały do Tuscon chyba tylko po to, żeby spełniać swoje fizjologiczne potrzeby, których we dwójkę spełnić nie mogły. Sceny z odcinka, w którym się pojawiły były przewidywalne do bólu. Moim zdaniem spokojnie mogłyby nie istnieć. Sam fakt, że przedstawiam je w parze świadczy o ich nijakości.
Phil #2 to chyba najbardziej i najmniej jednocześnie przemyślana postać. Nazywa się tak samo jak Phil, więc jasna staje się próba pokazania 'lepszej wersji' głównego bohatera. Udaje się to całkiem nieźle, bo motywuje 'pierwowzór' do podjęcia jakiejś pracy, wszystko jest w porządku. Mimo wszystko sposób jego przedstawienia jest niewyobrażalnie sztuczny (co zwaliłabym raczej na scenariusz, a nie dobór aktora). Mógłby być typowym wybawicielem, człowiekiem czynu, złotą rączką, ale sposób w jaki się wypowiada i sama treść wypowiedzi po prostu nie pasuje do całości, która stała się raczej średnio spójna.

Większa część odcinka finałowego była raczej średnia. Nominację do konkursu na najdziwniejszą scenę świata powinna dostać ta, w której Phil postanawia wyjść z domu. Widzimy uśmiechnięte twarze ludzi, którzy podobno go nienawidzą i BANG - psychodeliczna, przerażająca twarz Todda. Phil #2 atakuje Phila, Carol krzyczy i już wiemy, że Todd nie chciał zabić 'najświeższego' mężczyzny w Tuscon, ale z zabiciem pierwszego mieszkańca nie ma najmniejszego problemu.
Na pochwałę zdecydowanie zasługują ostatnie minuty finału. Chyba najlepszym rozwiązaniem był powrót Carol na pustynię. Świetnie, że razem wyjechali, już nie mogę się doczekać zobaczenia ich razem gdzie indziej. Najbardziej zaskakująca była scena z bratem Phila, prawdopodobnie jakimś sposobem poznamy go lepiej w drugim sezonie. Proszę tylko, żeby nie pojawił się nagle na Ziemi tak po prostu.

Serial polubiłam ze względu na jedną z najbardziej pożądanych przeze mnie cech, którą jest klimat. Jest charakterystyczna muzyka, jest konkretny sposób montowania epizodów. To jeden z tych seriali, w których całkowicie można by zmienić bohaterów i pokazać komuś odcinek z nimi, a i tak wiadomo by było co to za produkcja. Świetna robota.
Pierwszy sezon oceniam na 8/10, a od drugiego oczekuję podwyższenia oceny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz